Ciconia Team

Prawie każdy lubi rywalizację. Dlaczego? Jak by na to nie spojrzeć, jest ona motorem rozwoju. Wśród różnych klasyfikacji współzawodnictwa jest i to związane z klubem. Dlatego też powstała oficjalna formacja o nazwie Ciconia Team (Krasnostawskie Stowarzyszenie Paralotniowe KSP), by możliwe było współzawodniczyć nie tylko indywidualnie, ale również klubowo. Swoje przeloty rejestrujemy na portalach: http://xcc.paragliding.pl/ oraz http://xcportal.pl/ gdzie każdy może sprawdzić jakie wyniki uzyskujemy.

Do Ciconia Team należą doświadczeni piloci przelotowcy, jak i Ci, którzy stawiają swoje pierwsze kroki w bardziej zaawansowanym lataniu, a chcieliby pod okiem doświadczonych kolegów szlifować swoje umiejętności.

Głównym miejscem skąd wykonujemy loty są Fajsławice (zapisywane wśród rodzimych paralotniarzy FAIsławicami), które można nazwać kolebką Ciconi. Mamy też inne startowiska w województwie lubelskim (m.in. Nowa Wola, Janowiec, Czworożek), ale Fajsławice są zdecydowanie najpopularniejsze. Jeśli tylko jest pogoda i warunki, to z dużym prawdopodobieństwem jesteśmy tu… i latamy!

Ekipa:

ciconia_Michal-Nawrocki

Michał Nawrocki (Szaszłyk)

Mam na imię Michał, ale wszyscy bardziej kojarzą mnie z przezwiskiem Szaszłyk.

Lotnictwem interesowałem się w zasadzie od zawsze. W okresie szkoły podstawowej, uczęszczałem do modelarni w Domu Kultury przy ulicy Grażyny w Lublinie, dzięki czemu podczas zawodów modelarskich w Radawcu miałem możliwość przelecieć się „Antkiem”. Był to mój pierwszy kontakt z poważnym lotnictwem.

Później próbowałem dostać się do Ogólnokształcącego Liceum Lotniczego w Dęblinie, odpadłem jednak na badaniach. W 1996 roku trafiłem do Janowca, gdzie po raz pierwszy mogłem zobaczyć paralotniarzy. Zafascynował mnie ten sport… i postanowiłem, że będę latać! Bardzo szybko nabyłem skrzydło Firebirda Ninje, które jak się potem okazało nie bardzo nadawało się dla początkującego pilota. Niemniej, jakieś próby latania na nim były…

Rok później, będąc u rodziny na wybrzeżu, zapisałem się na kurs nauki latania w Akademii Paralotniowej Cumulus (nieistniejącej już dzisiaj) Andrzeja Kunickiego i zacząłem latać z górek na Zakoniczynie i Mrzezinie.

W kolejnym sezonie zakupiłem – hit tamtego okresu – paralotnię Dudek VIP, na której rozwinąłem swoje umiejętności. Latanie odbywało się w różnych miejscach Lubelszczyzny (Janowiec, Czworożek, Męćmierz)… i takich wyjazdów zaliczyłem setki.

W następnym sezonie zmieniłem skrzydło na Swing Astral 1 i pojechałem do Borska. Tutaj latanie było zupełnie inne. Termika, wysokości, pierwsze przeloty… a gdy to się nudziło – jechałem na klif do Władysławowa lub Gdyni. Oczywiście PKS, gdyż samochodu wtedy nie posiadałem. I tak to wszystko wyglądało przez parę lat. Każda wolna chwila była poświęcona na latanie…

W 2003 roku przeleciałem swoją pierwszą „setkę” na skrzydle Ozone Octane. Wtedy zacząłem także latać w tandemie, bo jako student nie mogłem wyobrazić sobie innej formy zarobku niż lataniem. Zresztą… po studiach moje wyobrażenia również nie zmieniły się… i w 2005 roku znalazłem się na kursie instruktorskim. Rok później zacząłem pracę w Szkole Latania Gagarin. To był okres dziesiątków wyjazdów szkoleniowych i poważniejszego latania we Włoszech (Bassano del Grappa i Norma).

Od 2012 roku samodzielnie organizuję wyjazdy paralotniowe w różne części świata (m.in. Maroko) oraz zajmuję się holowaniem i wykonuję loty widokowe z pasażerami w okolicach Lublina.

Michał Nawrocki (Szaszłyk)

ciconia_Gustaw-Grochecki

Gustaw Grochecki

Heyka wszystkim, nazywam się Gustaw, latam na paralotni od 2008 roku. Swoją pierwszą przygodę z lataniem rozpocząłem w dzieciństwie skacząc do dwumetrowego wykopu z dużą parasolką (ucierpiała tylko parasolka) haha. Później przyszła szkoła, rodzina, praca i tak aż do czterdziestego roku życia. Mówi się, że życie zaczyna się po czterdziestce i w moim przypadku tak też się stało, kiedy latam wysoko, szybując z głową w chmurach przeżywam chwile, które ciężko opisać słowami. Wszystkie troski dnia codziennego tak jak praca, finanse itp. znikają, zostaje czysty, wolny umysł, prawdziwa wolność… Po takim locie jestem tak naładowany pozytywną energią, że po wylądowaniu nie ma żadnych spraw których bym nie załatwił i problemów których bym nie rozwiązał, mogę wszystko, YES!!!. Z lataniem na paralotni wiąże się bardzo wiele ciekawych przygód, które zostają w pamięci bardzo długo, krążą w nieskończoność wśród pilotów, są opowiadane przy ogniskach i w trakcie różnych spotkań towarzyskich, śmiechu jest co nie miara. Krótko opowiem o trzech moich przygodach. Zacznę od lotu na paralotni z napędem w czasie gęstej mgły. Źle oceniłem pogodę i kiedy po starcie przebiłem się nad mgłę, ku mojemu zdziwieniu i zaskoczeniu nie widziałem nic prócz słońca. Nie miałem możliwości bezpiecznego powrotu na ziemię. Cóż to była za walka z emocjami i strachem, ale zdrowy rozsądek, zachowanie zimnej krwi i pomoc kolegi Sławka, który za pomocą radia bezpiecznie sprowadził mnie na ziemię, cała przygoda z mgłą skończyła się bezboleśnie. Kolejna przygoda, która już nie była taka miła to niefortunny upadek przy starcie kończący się złamaniem żebra, z tego incydentu najbardziej pamiętam imprezę tego samego dnia na Chmielakach Krasnostawskich, bo bolesna była i odszkodowanie pieniężne z PZU 🙂 haha. Na koniec opowiem o incydencie międzynarodowym, którego byłem przyczyną. Po powrocie ze słonecznej Italii dowiedziałem się o holach w Depółtyczach Królewskich, byłem bardzo zmęczony po przejechaniu za kierownicą półtora tysiąca kilometrów i odpoczynku tylko sześciu godz. pojechałem na latanie. Kiedy się wyholowałem i zacząłem kręcić się w kominie termicznym zrobiło mi się bardzo niedobrze do tego doszły duże turbulencje, po osiągnięciu pułapu ok dwóch tys. metrów nad poziom terenu o mały włos bym nie stracił przytomności, oczywiście zwymiotowałem, było mi tak niedobrze, że nie myślałem gdzie i jak lecę martwiłem się tylko o bezpieczne lądowanie i oczywiście wylądowałem jak należy przy jakiejś wiosce. Bardzo się zdziwiłem jak podeszło do mnie z piętnaście osób i zaczeli do mnie mówić jakoś dziwnie zaciągając po ukraińsku, na początku pomyślałem sobie, że chyba bardzo blisko wylądowałem granicy i tak było tylko że wylądowałem po drugiej stronie, okazało się że to była miejscowość Zaburze na Ukrainie. I się zaczeło, dużo by opisywać, wspomnę tylko, że służby granicze Ukrainy nie robiły żadnych problemów, musieli jedynie proceduralnie wszystko opisać i powiadomić odpowiednie organy łącznie ze stroną polską co było czasochłonne. Po przekazaniu mnie służbom granicznym Polski oczywiście byłem zatrzymany niestety tak jak przestępca ale bez środków przymusu czyli kajdanek. Dopiero na kolejny dzień mnie wypuścili oczywiście po przesłuchaniu i spisaniu całego zajścia, kolega Krzysiek odwiózł mnie do domu.

Ta ostatnia najbarwniejsza przygoda skończyła się umożeniem postępowania prokuratury polskiej przeciwko mnie, powodem była „zbyt mała szkodliwość czynu społecznego” Ze strony Ukraińskiej zostałem ukarany kwotą pieniężną w wysokości dwóch tyś. grywien z czego zapłaciłem część gotówką a większą część kartą co pozwoliło mi zaoszczędzić parę groszy bo z konta nie została pobrana żadna gotówka, wspomnę tylko że musiałem pojechać do Lubomla na Ukrainę, odebrać sprzęt który mi zatrzymali strażnicy graniczni i zapłacić tą karę o której wspomniałem. Jazda motocyklem czy zbieranie znaczków lub łowienie ryb przynosi ludziom przeróżne dobre i mniej dobre przeżycia, ja wybrałem latanie na paralotni i jestem szczęśliwy, pragnę jeszcze nie jedną przygodę przeżyć ze szczęśliwym zakończeniem. Każda pasja niesie za sobą niesamowite przeżycia.

ciconia_Lukasz-Prokop

Łukasz Prokop

Cześć!

Nazywam się Łukasz i chciałbym opowiedzieć jak zaczęła się moja podniebna przygoda.

Moje oczy utkwione są w niebo odkąd tylko sięgam pamięcią. Już jako mały chłopiec wpatrywałem się w krążące nad moja głową szybowce, jastrzębie i bociany, zastanawiając się, jaka to niewidzialna siła unosi je do góry..? Gdy miałem niecałe 10 lat zacząłem swoją przygodę z modelarstwem kartonowym.

Po kilku latach zamarzyłem, by moje samoloty zaczęły latać! W Świdnickim Domu Kultury zacząłem budować szybowce swobodnie latające. Dzięki temu dowiedziałem się, czym jest owa niewidzialna siła, która pozwala unosić się do góry bez pomocy silnika. Holowałem swe modele na 50 metrowej lince. Czasami udało mi się uwolnić model z linki w momencie, gdy znalazł się w bańce ciepłego powietrza unoszącej się do góry (zwanej kominem termicznym) -wtedy z zapartym tchem obserwowałem jak mój szybowiec majestatycznie krąży na tle błękitnego nieba. Wraz z nim unosiła się cząstka mojej duszy, którą włożyłem jego budowę… Marzyłem by samemu znaleźć się w powietrzu, lecz na kurs szybowcowy nie było mnie stać.

W lutym 2011r. natrafiłem w internecie na krótki film o paralotniarstwie – to było dla mnie prawdziwe olśnienie! Jeszcze w tym samym roku zrobiłem kurs, zdałem egzamin i kupiłem sprzęt. Początki były trudne. Wraz z Anią marzyliśmy o dalekich lotach…lecz zamiast tego robiliśmy setki krótkotrwałych „zlotów”…

Dzięki determinacji i cennym wskazówkom Szaszłyka, Gutka, Wojtka, Kazia i wielu, wielu innych, w końcu zaczęło nam wychodzić! Moją „specjalnością” stały się przeloty otwarte – uwielbiam pokonywać kolejne kilometry lecąc w nieznane! By jednak nie zatrzymać się w rozwoju, przed każdym sezonem stawiam sobie coraz to bardziej ambitne cele i uparcie dążę do ich realizacji. Paralotniarstwo daje mi poczucie niesamowitej, niczym nieskrępowanej wolności, pozwala mi zostawić codzienne problemy na ziemi i poczuć się jak ptak!

Jeśli marzysz by poczuć to samo, nie wahaj się – zadzwoń do Szaszłyka, a on pokaże Ci nasz wspaniały świat!

Pozdrawiam,

Łukasz

ciconia_Grzegorz-Wozniak

Grzegorz Woźniak

Pozdrawiam już latających i tych co zamierzają latać.

W latach 90-tych minionego wieku dane mi było podpiąć się pod jakąś „szmatę” w Janowcu wykonując pierwszy zlot i co najważniejsze wylądować bezpiecznie. O lataniu przez wiele lat już nie myślałem. Zajmowałem się wspinaczką wysokogórską w Tatrach i Alpach. W między czasie było też parę rejsów po Mazurach i Bałtyku.

Na okrągłą rocznicę urodzin w 2014 r. planowałem zafundować sobie skok spadochronowy w Nowym Targu. Wcześniej jednak w Fajsławicach zobaczyłem jakiś „Zielonych ludzików” fruwających na „glajtach”. Całe lato jeżdżąc rowerem po okolicy przyglądałem się temu zjawisku.

Którejś niedzieli w sierpniu 2011 umówiłem się z Kaziem na lot w tandemie. Ale niestety raz za mocno wiało, drugi raz przeszkody zawodowe i tak przez miesiąc coś wypadało. Wreszcie zapadła krótka decyzja na telefon do Gagarinów i postanowiłem spróbować samodzielnego latania. Wrzesień pozwolił wylatać wszystkie wymagane godziny i już w październiku cieszyłem się zdobytą licencją pilota. Za namową chłopaków przypiąłem też napęd i pod czujnym okiem Gustawa i Wojtka odbyłem pierwsze starty na PPG. Najfajniejsza jazda była na wiosnę 2012 r. jak w termice Gucio naciągną mnie na lot z napędem w chmury (zwieracze były mocno zaciśnięte, ponieważ nie miałem jeszcze swojego „zapasu”, a pyrgało zdrowo!) Do Asów jednak nie należę i latanie rekreacyjne w zupełności mi wystarcza. Dzisiaj latam zarówno w „swobodzie” jak i z napędem. Uważam, że nie ma sensu dyskutować które jest lepsze i dlaczego. Po roku przerwy z powodu nogi w gipsie, powoli wracam do latania. Atmosfera koleżeńskości i wzajemnego wsparcia w naszym środowisku stanowi dla mnie przykład radosnego goszczenia w środowisku ptaków. Jak mówił George Bernard Shaw: – Teraz, gdy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie!

Friends are angels who lift us to our feet when our wings have trouble remembering how to fly.

ciconia_Anna-Zezula

Anna Zezula

Moja przygoda z lataniem zaczeła się w lipcu 2010r. od skoku spadochronowego w tandemie w Piotrkowie Trybunalskim. W tym samym miesiącu odbyłam szkolenie w lubelskiej szkole paralotniowej Gagarin. Pierwsze skrzydło, na którym zdobywałam doświadczenie to Niviuk NK1 (DHV1). Latałam na nim dwa sezony, po czym przesiadłam się na Nova Mentor 2, które służy mi do dziś. Najbardziej w pamięci utkwiły mi moje pierwsze przeloty na pierwszym skrzydle, co raz to dalej, co raz to dłużej… radość nie do opisania po pokonaniu dystansu dłuższego niż dolot z jednego komina:) W Fajsławicach taką granicą jest Łopiennik, a w Nowej Woli – Rozkopaczew. Chyba każdy kto z nami lata zna te miejscowości lepiej niż by chciał. Niezapomnianym lądowaniem jest przecinka w lesie parczewskim i 3h powrót przez łąki, rowy melioracyjne i las… w 30stopniowym upale. Loty na xcc i XC portal.

ciconia_Marcin-Fornal

Marcin Fornal

Cześć nazywam się Marcin. Jako że mieszkam w Fajsławicach często widziałem ludzi latających na paralotniach. Spodobało mi się  i w 2012 roku zapisałem się na kurs. Pierwszy sezon latałem na skrzydle szkolnym Dudek Nemo. Przy wsparciu kolegów udało mi się na nim wykonać kilka fajnych lotów i nauczyć się latać w termice. W sezonie 2013 przesiadłem się na skrzydło Nova Mentor 3. Na nim wykonałem swój najdłuższy jak dotąd przelot ponad 80 km i wylądowałem pod Tomaszowem Lubelskim. W planach mam dalsze rozwijanie swoich umiejętności i wykorzystywanie każdej wolnej chwili na ten sport.

Pozdrawiam Marcin
ciconia_Krzysztof-Zelisko

Krzysztof Żelisko

Cześć, mam na imię Krzysiek i chciałbym opowiedzieć o mojej chorobie zwanej paralotniarstwem.

Paralotniarstwo i nasze ukochane Fajsławice zawsze były mi bliskie, jako że moja rodzina pochodzi właśnie z tamtych stron, a Wojtek Kalinowski jest wujkiem. Tak więc, przy każdym nadarzającym się rodzinnym spotkaniu temat paralotniarstwa i związanych z nim przygód był notorycznie poruszany. Jednak ze względu na mój wiek mogłem pozostać jedynie biernym słuchaczem, bo o locie tandemowym nie było mowy (zasługa mojej mamy ), nie mówiąc już o samodzielnych próbach. Potem pojawiła się szkoła, inne zainteresowania, studia i tak przemijały kolejne lata mojego życia.

Jednak w 2011 roku wszystko miało się zmienić. Ciągłe opowieści ze strony mojego wujka i jego synów, Mikołaja i Maćka, którzy poszli w ślady swojego ojca, zainteresowały na tyle mojego tatę, że postanowił w końcu spełnić swoje marzenie o lataniu i zapisał się na kurs paralotniowy. Próbował zaszczepić również mnie i mojego brata Marka do tego pomysłu, jednak w moim przypadku nie udało mu się to z powodu zbliżającego się terminu sesji. Jednak w trakcie trwania wakacji z chęcią jeździłem z nimi na kurs do Radawca, gdzie poznałem Szaszłyka. Muszę się jednak przyznać, że nie pociągało mnie to na tyle, żebym sam chciał tego spróbować. Spowodowane było to brakiem szczegółowej wiedzy na temat latania i jego techniki, a obserwując krótkotrwałe zloty w szkolnych warunkach wydawało mi się to nie rekompensować poświęconego czasu na przygotowania i wyjazdy. Po ukończonym kursie przyszedł czas na kupno własnego sprzętu i dalsze szlify nabytej wiedzy. Pewnego jesiennego wieczoru mój brat z ojcem postanowili pojechać na łączkę i poćwiczyć stawianie skrzydła, bo według nich siła wiatru była odpowiednia do tego celu (teraz mogę stwierdzić, że wiało stanowczo za mocno ). Zabrałem się z nimi i obserwując jak próbują postawić skrzydło, powiedziałem żeby dali mi to zrobić, bo przecież ja się tyle już tego nasłuchałem, że wiem doskonale jak to powinno wyglądać . Niewiele myśląc podpiąłem się pod skrzydło, pierwsza próba i… salto, ciągniecie przez kilkanaście metrów po ziemi i poprzepalane linkami palce. Jednak uważam to za swój przełom, bo właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że nie jest to takie proste jak mi się wydawało obserwując doświadczonych kolegów i trzeba mieć duuuużo pokory do tego sportu, ale właśnie wtedy zakochałem się w paralotniarstwie

W kolejnym roku nie miałem już żadnych skrupułów, aby zdobyć Świadectwo Kwalifikacji. W trakcie trwania kursu jeździłem do Fajsławic, aby oglądać jak sobie radzą doświadczeni piloci w lataniu termicznym i uczyć się od nich jak najwięcej. Właśnie w tamtym czasie poznałem całą ekipę, okazali się być bardzo wyrozumiali i pomocni w stawianiu pierwszych kroków w paralotniarstwie. W październiku pod okiem Szaszłyka wybrałem się na swój pierwszy wyjazd do Normy we Włoszech, gdzie stawiałem pierwsze kroki w lotach termicznych. Wyjazd okazał się bardzo owocny pod względem zdobytej wiedzy i doświadczenia. Po powrocie spotkaliśmy się, aby powspominać wspólny wyjazd i właśnie wtedy usłyszałem słowa od Łukasza, które były moim celem na przyszły rok: „No stary teraz czas na setkę”. I tak w sezonie 2013 cały czas dążyłem do wyznaczonego celu, który spędzał mi sen z powiek, aż w końcu nadszedł ten dzień.

Ogromna radość, nowe wyzwania, przygoda, nowe miejsca i znajomości, przezwyciężanie własnych słabości i lęków, ciągły rozwój to jest to, co mnie pociąga w paralotniarstwie. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez latania, a każdą wolną chwilę i nie tylko, poświęcam na spędzanie czasu w przestworzach.

ciconia_Stanislaw-Sagan

Stanisław Sagan

Moja droga do latania

Cześć. Jestem Staszek. Już jako dzieciak marzyłem żeby móc oderwać się od ziemi, poczuć wiatr we włosach, być wolnym jak ptak. Lata mijały a marzenia się oddalały aż w końcu postanowiłem działać, dłużej czekać już nie mogłem, bo włosów było coraz mniej. Zacząłem intensywnie myśleć jak zrealizować swoje marzenia. Na początek aby się sprawdzić w powietrzu odbyłem lot motolotnią z Bogdanem Bigorą i upewniłem się że właśnie tego szukam. Szybko znalazłem szkołę paralotniową GAGARIN i tam po kilku miesiącach nauki zdobyłem licencją pilota paralotniowego, był to rok 2010. Pierwsze moje loty nie były najłatwiejsze, sporo przygód, lądowania na drzewach w winoroślach, jakaś kontuzja ręki aż wreszcie trafiłem do Fajsławic. Tu spotkałem ludzi zafascynowanych lataniem z ogromną wiedzą i doświadczeniem którym chętnie się dzielą z pilotami stawiającymi swoje pierwsze kroki. To tutaj tak jak pisze Ania po raz pierwszy doleciałem do Łopiennika, później zdarzyło się też kilka razy wylądować nieco dalej. Żałuję tylko że nie mogę poczuć wiatru we włosach, bo włosów już niestety niewiele zostało. Jak widać wystarczy tylko mocno chcieć a marzenia się spełniają.

Roman Waręcki

Roman Waręcki

Moje marzenie o lataniu spełniłem 2012 roku. Szkolenie egzamin i po kilku tygodniach latałem już w Alpach Julijskich na Słowenii. Kiedyś brakowalo czasu na wczasy, teraz jak jest warun zawsze znajdę czas i środki aby polatać w termicznych miejscach naszego pięknego kraju, a zimą jak zbierze się dobra ekipa to jeżdżę w ciekawe miejsca europy i nie tylko. Jednym z moich ulubionych miejsc jest Maroko. Można powiedzieć że jest to wymarzone miejsce żeby wyciszyć się wewnętrznie no i przy okazji można fajnie polatać. Marzenie o lataniu przerodzilo się w pasję, ktoś z boku może powiedziec że to chore, może i tak, leczyć sie z tego nie bede 😉

Romano

ciconia_Grzegorz-Miedlar

Grzegorz Międlar

W 2003 roku mój przyjaciel SŁAWEK ŻYDEK dosłownie wyrwał mnie z biura pod pretekstem załatwienia spraw służbowych i tak po drodze poinformował mnie, że jedziemy do Janowca Latać!

Przed lataniem kochałem sporty wodne, żeglowałem oraz pływałem na windsurfingu.

Pamiętam jak dzisiaj, Sławek pomógł mi założyć uprząż podpiął paralotnie i krótko wytłumaczył o co chodzi… przecież żeglujesz to wiesz jak zapanować na wiatrem, biegnij, nie skacz, jak polecisz to leć prosto i nie rób głupich ruchów a przy lądowaniu trochę ściągnij ręce „przyhamuj”

I-wszy start krzaczory, drugi lecę!

ciconia_Grzegorz-Sprawka

Grzegorz Sprawka

A bo to wszystko przez Pawła …
Bo to właśnie Paweł B. gdzieś tak w okolicach 2009 roku przyjechał do Moto-GP na przegląd swojego moto i to właśnie on zagadnął mnie: „ Grzechu, a może byś tak na paralotni polatał?” No i jak zagadnął, tak się zaczęło…
Chodziło mi to wprawdzie po głowie od wielu lat, ale wcześniej jakoś takie nierealne się to paralotniarstwo wydawało. No bo przecież gdzie i jak? Lubelszczyzna do wybitnych pagórkowatości nie należy, czyli startować nie ma gdzie, jeździć w góry trzeba będzie i pewnie w te polskie to za słabo, więc do Włoch, albo Austrii… tak sobie właśnie wtedy myślałem. Ale jak Paweł B. zapytał: „ Grzechu, a może byś tak ….? „ no to przecież nie może być to aż takie skomplikowane. Dopytałem go co, gdzie, kiedy i jak to się u nas lata. Oczywiście okazało się, że się da i że są malinki, że jest kilka górek, z których można wystartować i że nie trzeba jechać na koniec świata. Jedyne co mnie jeszcze trochę powstrzymywało to świadomość, że latając na kawałku materiału z linkami można sobie zrobić całkiem duże kuku (do technikum chodziłem z Maćkiem Z., który na Czworożku złamał kręgosłup, a na rejsie byłem Erwinem J., który też na tej samej górce zaliczył twarde lądowanie na bronach i ręka zaczęła mu się zginać nie tylko w łokciu…). Ale co tam, przecież ja bohater jestem i szczęścia mam więcej niż rozumu, więc wyszedłem z założenia, że i tym razem nic złego mnie nie spotka.
Ten sam Paweł B. skontaktował mnie z Gagarinami (dla niezorientowanych tak mówimy na szkołę paralotniową „Gagarin” Tomka i Moniki). Dogadaliśmy się na wymianę barterową: oni reklamują się na naszej imprezie motocyklowej, a ja mam zniżkę na kurs.
Najpierw dwa dni wykładów z teorii latania i trochę biegania po łące z glajtem przypiętym do pleców. Zajęcia prowadził nie kto inny jak sam „Szaszłyk”. Gadał ciekawie i rzeczowo, więc mój apetyt na oderwanie się od ziemi rósł, rósł i rósł…
Pewnego dnia wieczorem zadzwonili od Gagarina i powiedzieli: „Jutro o szóstej rano zbiórka na lotnisku w Radawcu, zaczynamy latanie…” W brzuchu mnie załaskotało i poczułem ten przyjemny stan ekscytacji jaki czuje się np przed… pierwszą randką z nową dziewczyną :).
No i jak już tak stałem pierwszy raz podpięty do wyciągarki, na plecach uprząż, glajt równiutko rozłożony, kask na głowie, taśmy A w dłoniach i … pomyślałem wtedy: „No i zaraz się okaże, czy moje paralotniarstwo to będzie przelotny romans, czy miłość do końca życia…? Nie było mi dane długo się nad tym zastanawiać, bo Szaszłyk zakomunikował przez radio: „Będzie leciał Grzegorz, poprosimy naciąg wstępny”, wyciągarka: „ Daję wstępny dla Grześka”, Szaszłyk: „Na starcie 1m/s w twarz, pilot gotów, podwieszenie sprawdzone, JAZDA, JAZDA, JAZDA”. Kilkanaście kroków truchtem i to niesamowite uczucie…. lecę, o kurde ja naprawdę lecę :):):)… ale JAZDA.
Tak było wiosną 2010 roku. Teraz mamy początek 2015 i … uczucie trwa nadal. Powiem więcej, nie jest to tylko miłość do latania, jest to również uzależnienie, obsesja, pasja, namiętność, bzik … Latanie jest też trochę jak przewlekła, nieuleczalna choroba, która cały czas daje o sobie znać. Czasem lekko przygasa i słabnie, ale za chwilę wraca i uderza ze zdwojoną siłą.
A to wszystko przez Pawła…

PS. Dzięki Paweł, że mnie zaraziłeś 🙂

ciconia_Kazimierz-Anielak Kazimierz Anielak
ciconia_Wojtek-Kalinowski Wojtek Kalinowski
ciconia_Kazimierz-Stasiak Kazimierz Stasiak
ciconia_Krzysztof-Siemczyk Krzysztof Siemczyk
ciconia_Zbyszek-Lyp Zbyszek Łyp