Kenia 2015

W dniach od 14 do 31 stycznia 2015 roku nasza ekipa miała przyjemność oddychać ciepłym, kenijskim powietrzem. Pomysł wyjazdu w tą cześć świata zrodził się spontanicznie. Pierwotnie miał być wyjazd do Nepalu, a że jesteśmy wyjątkowo ciepłolubni, padło na południowa Afrykę. Skusiły nas także opowieści o tym miejscu i perspektywa wykonania długich przelotów w dolinie Keiro.

Do Nairobi lecieliśmy z przesiadką w Amsterdamie – najpierw liniami KLM, a potem Kenyan Airlines – razem 11 godzin. Muszę powiedzieć, że pierwsze wrażenie po wylądowaniu nie jest zbyt pozytywne dla Europejczyków. W każdym razie ja odczuwałem niepokój – żadnych białych, sami czarni, i w dodatku natrętnie namawiający na skorzystanie z ich usług transportowych. Z Nairobi do Iten (naszego punktu docelowego) jest 350 km, więc musieliśmy się na coś zdecydować. Perspektywa jazdy małym, ciasnym busikiem (matatu) z lokalesami i naszymi monstrualnymi plecakami, a także biorąc pod uwagę czas podroży (8-10 godzin), sprawiła że zdecydowaliśmy się wynająć samochód z kierowca. Był to strzał w dziesiątkę, bowiem dojechaliśmy do celu w 5 godzin, co w 30 stopniowym upale ma duże znaczenie.

Na miejscu zamieszkaliśmy w małym moteliku Belio Guest Hause, który prowadzi Sylwia Kibet – wielokrotna medalistka i mistrzyni olimpijska w biegach. Tutaj warto wspomnieć, że miasteczko Iten znane jest na całym świecie wśród biegaczy, ze względu na swoje położenie powyżej 2400 metrów n.p.m. i jest idealnym miejscem do treningów przed sezonem sportowym.

Dla nas jednak najważniejszym celem było latanie i o tym napisze kilka słów. Jeśli chodzi o styczeń, to właściwie można latać codziennie i po 8-9 godzin 😉 jak się ktoś uprze. Wydawałoby się, że to raj, ale to tylko pozory. Słońce wschodzi o godzinie 7 i zachodzi o 19. Od godziny 7.30 zaczyna wiać i można wtedy startować. Start po godzinie 10 jest praktycznie niemożliwy, ze względu na silny wiatr i nakładającą się na niego termikę.

Pierwszą godzinę leci się na czystym żaglu, zazwyczaj w kierunku południowym i taki „lajcik-sofcik” jest przez 14 pierwszych kilometrów, aż do wodospadu. Za nim znajduje się dość duży cypel, który często ze względu na odchyłki znajduje się na zawietrznej (ciekawe przeżycie). Dalej trzeba się mocno przyklejać do zbocza, które nie jest już tak równe jak wcześniej. Po nabraniu wysokości kontynuujemy lot, wspomagając się budzącą termiką… i tak aż 43 km. Powrót wykonujemy już w wyraźnym „turbo-termo” żaglu. Tutaj warto zaznaczyć, że nie da się zbyt dużo podkręcić – zwłaszcza do godziny 11 – maksymalnie 3-4 zwitki… i lecimy dalej. Od godziny 11 zaczyna się dzikie rodeo – kominy do +9 i takie same duszenia do -9 m/s – jest naprawdę ostro i niebezpiecznie. Stale trzeba się pilnować! Każdy z nas na tym wyjeździe miał większe lub mniejsze atrakcje. Dopiero tutaj zrozumieliśmy, co to znaczy aktywne latanie, nie dające się porównać choćby z lataniem w takich miejscach jak Bassano del Grappa czy choćby Norma.

Po godzinie 12 można już wykręcić się całkiem wysoko, zwłaszcza że lecąc w kierunku północnym, klif po pewnym czasie znika i staje się regularnym górskim zboczem. Tutaj latanie jest już trudniejsze – wykręca się kominy na poszczególnych górach i skacze do następnych… i tak cały dzień.

Generalnie nie ma tutaj problemu ze znalezieniem noszenia… Problem to mieć psychikę i wytrzymać 8 godzin tej pralki 😉 Jeśli ktoś lubi taki warun, jest to miejsce dla niego… W powietrzu przeważają skrzydła klasy 1-2 lub EN B, inne można policzyć na palcach obu rąk.

Niewątpliwą atrakcją tego miejsca są też różnorodne krajobrazy: na górze płaskowyż, który z wysokości wygląda prawie jak Polska; zbocze to dżungla, a wśród niej pojedyncze chatki, wioski, tudzież szkoły dla dzieci; natomiast tysiąc metrów niżej jest zupełnie inny świat – wypalona dolina, karłowate drzewa i krokodylowa Keiro River.

Nasze obawy budził także sposób wydostania się w przypadku przygodnego lądowania w buszu… i tu doznaliśmy miłej niespodzianki. Po wylądowaniu w jakimkolwiek punkcie, pojawiają się ludzie: jeden, dwóch… pięćdziesięciu… i po chwili proponują transport motocyklowy. W zależności od tego jak daleko znajdujemy się od punktu startu, ceny są zróżnicowane od 200 do 2000 szylingów, a czasem i więcej…

Naszym priorytetem było cało wrócić z tej wyprawy. Udało się!

Kolejny punkt na paralotniowej mapie świata odkreślony.

Nawrocki Michał (Szaszłyk)